Opis produktu

Dzieci wolnego chowu to pełna humoru książka pewnej amerykańskiej dziennikarki, która niespodziewanie dla siebie samej stała się nagle gwiazdą telewizji tylko z tego powodu, że postanowiła pozwolić swojemu ośmioletniemu podówczas synowi samodzielnie wrócić do domu metrem (po uprzednim zabezpieczeniu go na wszelkie możliwe i niemożliwe ewentualności). Okrzyknięto ją „najgorszą matką świata” i zyskała tyleż samo przeciwników, co zwolenników. Swoje wychowawczo-medialne rozważania opisała w niniejszej książce, w której zebrała niezliczone przypadki przesadnej ochrony dzieci – i jak to wpływa z jednej strony na ich rozwój, a z drugiej  na zyski żerujących na rodzicielskiej trosce producentów, wymyślających na przykład wolno opadające klapy do sedesu (a co będzie, jeśli nasze dziecko uda się z wizytą do kolegi, u którego w toalecie jest tylko klapa szybko opadająca???) Prosimy przeczytać poniższy fragment Dzieci wolnego chowu, bo warto!

 

W czasie krótszym niż trwa podniesienie zabezpieczonej przed dziećmi klapy do sedesu (co, musisz przyznać, może trwać straszliwie długo, kiedy jesteś na przyjęciu i wszyscy zastanawiają się, gdzie przepadłaś, podczas gdy Ty bezskutecznie mocujesz się z zabezpieczoną klapą) my – matki i ojcowie – bardzo się zmieniliśmy. W jakiś sposób nawet ci z nas, którzy oczekiwali na rodzicielstwo bez zbytniej paranoi, zaczęli się martwić każdą dziwną, straszną, okropną rzeczą, która mogłaby, być może, Boże uchowaj!, przytrafić się naszym dzieciom – począwszy od utonięcia w toalecie, poprzez porwanie, po połknięcie zabezpieczenia gniazdka elektrycznego. Tak, właśnie przeczytałam, że te małe plastikowe zaślepki, którymi zabezpieczamy gniazdka, by uchronić dzieci przed porażeniem prądem, mogą spowodować zadławienie. I spróbuj się tu nie martwić.

Lista potencjalnych zagrożeń staje się coraz dłuższa, a my pilnie ją śledzimy, ponieważ oczywiście chcemy, żeby nasze dzieci były bezpieczne. To nasze zadanie, prawda? Lecz staje się to coraz trudniejsze i – dodajmy dla porządku – coraz droższe, a także wymaga coraz większej drobiazgowości, ponieważ jesteśmy zasypywani wciąż nowymi złowieszczymi ostrzeżeniami i informacjami o kolejnych zabezpieczeniach. I czasami, kiedy na przykład musimy przypiąć dziecko w wózku tak skrupulatnie, jakby bez tego miało wystrzelić i odlecieć prosto na Plutona, doprowadza nas to do rozstroju nerwowego.

Istnieje wiele powodów, by być super-zapobiegawczym i większość z nich jest uzasadniona. Być może w dzieciństwie zostałeś skrzywdzony. Być może Twoi rodzice cudem uniknęli śmierci w czasie holokaustu. Być może jesteś Afroamerykaninem i martwisz się, że świat może traktować Twoje dziecko jak młodocianego przestępcę. A może, jak moja przyjaciółka Gigi, jesteś tak uzależniony od uczucia niepokoju, że martwienie się sprawia, że czujesz się dobrze. To jak chodzenie na fitness. Nie ma bólu, nie ma efektów. A może oglądasz zbyt często program w stylu „Uwaga”.

Ale możliwe jest też, że nie chcesz już tak dłużej. Być może sięgnęłaś po tę książkę, ponieważ nurtuje Cię podejrzenie, że nie musisz aż tak bardzo się martwić o aż tyle rzeczy. W końcu nasze mamy wysyłały nas na podwórko, mówiąc „Wróć, kiedy zapalą się latarnie”. Ich mamy pozwalały im jeździć tramwajami i autobusami. A ich babcie wysyłały swoje słodkie maleństwa powolnym i zardzewiałym parowcem do Nowego Świata, dając im drogę jedynie kilka rubli i twardą kiełbasę. To przecież byli odpowiedzialni rodzice! Jednak w miłym, bezpiecznym i wolnym od szkorbutu XXI wieku martwimy się, czy pozwolić naszym dzieciom pojechać na rowerze do osiedlowej biblioteki lub pójść samemu do szkoły.  Martwimy się, kiedy nie możemy się do nich dodzwonić na ich komórki. W rzeczywistości telefony komórkowe – które szczerze uwielbiam – stanowią świetny przykład tego, jak bardzo wszystko się pomieszało. Dajemy je naszym dzieciom, ponieważ nie chcemy się o nie martwić. Mówimy „Telefon jest na nagłe wypadki”. A  jeśli oczekujesz, że Twoja córka odezwie się tuż po lekcji mandaryńskiego i nie możesz się do niej dodzwonić, możesz zacząć myśleć: Co się stało? Zaginęła, nie żyje, czy została białą niewolnicą? (dla potrzeb naszej dyskusji to ostatnie obejmuje również wizję niewolnicy hiszpańskiej, azjatyckiej, afroamerykańskiej, rdzennie amerykańskiej oraz inuickiej).

A zatem telefon – urządzenie, które miało dawać Ci poczucie bezpieczeństwa – sprawia, że zaczynasz wariować z niepokoju, jak nigdy wcześniej. W starych dobrych latach 90. poczekałabyś przynajmniej, aż Twoje dziecko będzie kilka minut spóźnione, zanim zaczęłabyś rozważać przyprawiające o zawał serca scenariusze. Teraz niepokój mamy zapisany pod cyfrą 1 w opcji szybkiego wybierania. ……